czwartek, 9 kwietnia 2015

Trening obwodowy i przekraczanie własnych granic


Swoją przygodę z fitnessem zaczęłam od stepu, zumby, zajęć typu ATC, smukła linia, fitball. Największym koszmarem była dla mnie końcówka i ćwiczenia na brzuch. Wydawało mi się, że bardziej męcząco już nie może być.

Po jakimś czasie te zwykłe ćwiczenia fitnessowe przestały mi wystarczać, zdecydowałam się na treningi personalne na siłowni, okazało się, że może być o wiele ciężej, po raz pierwszy zrozumiałam, że strumienie potu to żadna metafora (wtedy też nauczyłam się zmywać makijaż przed ćwiczeniami). Przy okazji poznałam swoje możliwości i nauczyłam się, że nie mogę zbyt dużo fikać z poziomu do wyskoku (burpees nie dla mnie, bo mdleję).

Od kilku miesięcy zachciało mi się być hardkorem i zapragnęłam crossfitu. Na razie znam swoje możliwości i tam się jeszcze nie pcham ;) Dwa dni temu koleżanka z pracy, która sama dużo ćwiczy (w tym crossfit właśnie) namówiła mnie, żebyśmy poszły do klubu, który niedawno odkryła. Był wtorek wieczorem, najbliższa możliwość - środa 9:30 trening obwodowy. No to idziemy!

Pierwsze ojej - trening obwodowy odbywa się w tej samej sali co crossfit. Drugie ojej - o hesusie umrę, boże tu są kettle większe od mojej głowy.

Zaczynamy. 8 osób, 8 stacji. Część tak jak ja nie wszystko może zrobić (nieszczęsne skakanie), część chodzi już na te zajęcia od dawna.
Pierwszą serie i 8 stacji zrobiłam. Przerwa, część na brzuch i druga seria. Zaczynało mi się robić źle, podeszłam do prowadzącej, powiedziałam, że czuję, że padnę i chyba tej drugiej serii nie zrobię (ale czułam wewnętrzny wstyd). A ona do mnie - ale spróbuj chociaż, zrób mniejszy zakres, mniej powtórzeń, szkoda treningu ;) O dziwo zmotywowało mnie to bardzo, zabrałam się do roboty, w czasie ćwiczeń prowadząca do mnie podchodziła i chwaliła, poprawiała, modyfikowała dla mnie ćwiczenia, żebym dała radę. Zrobilam praktycznie wszystko, przetrwałam i na koniec byłam z siebie niesamowicie dumna. 

No i okazało się jak zwykle, że jestem w stanie zrobić o wiele więcej niż mi się wydaje, trzeba tylko nade mną stanąć i powiedzieć mi, że przecież mogę i zrobię.


W połowie zajęć myślałam, że no cóż, już tu się chyba nie pojawię, ale z pomocą przyszedł mi Greg, mówiący w mojej głowie:
Greg Plitt motywuje zawsze!
W przyszłą środę, 9:30 melduję się gotowa na kolejny wycisk. Zajęcia, prowadząca, ludzie zrobili na mnie super wrażenie, zero konkurencji, każdy skupiony na sobie i nastawiony do reszty bardzo serdecznie.

A dzisiaj... Czuję, że boli mnie każdy mięsień na plecach (skąd tam jest tyle mięśni?!), ale przede wszystkim czuję dumę, że przetrwałam i wiem, że będę uparcie na te zajęcia przychodzić i w końcu wykonam wszystkie ćwiczenia.

Jutro o 7 rano joga :)


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Otłuszczająca bezsenność

Czy wiecie, ze zaledwie jeden dzień deficytu snu powoduje, że w organizmie występuje insulinoodporność na takiej samej zasadzie, jak przy cukrzycy typu 2, przez co organizm przestaje spalać tłuszcz i zaczyna odkładać oponkę?


środa, 10 grudnia 2014

JOGA: 30-dniowe wyzwanie


Dzisiaj w ramach aktywnego rozpoczęcia dnia poszłam na jogę - trochę się bałam, że nie będę w stanie wykonać żadnej pozycji, bo w ogóle nie jestem rozciągnięta. Przeżyłam miłe zaskoczenie i nabrałam ochoty na więcej, stąd też dzisiejszy post :) Będzie długo, bo moja historia z jogą sięga wielu lat wstecz. 


Od kilkunastu (!) lat (!!) moja mama wstaje codziennie o 5 lub 6 rano i ćwiczy jogę. W pewnym okresie nawet o tym nie wiedziałam, bo dla mnie pobudka wcześniej niż o 10 rano wiąże się z jękami, narzekaniami i ogólnym byciem najbardziej nieznośnym człowiekiem na świecie. 
Ponieważ mama jest maniakiem szeroko pojętego zdrowego trybu życia (w środku nocy wyrecytuje jakie pokarmy mają najwięcej witaminy C, zimą kręci magiczne mikstury na przeziębienia, a później JA! muszę to pić) to i często próbowała mnie do jogi przekonać. W końcu przez około rok chodziłam raz w tygodniu na jogę. Zajęcia odbywały się w ogromnej i zimnej sali, mat nie było w ogóle, koce, na których się ćwiczyło były pogryzione przez szczury, kobieta prowadząca zajęcia regularnie wzdychała nad moimi rzekomo krzywymi plecami ("och, taka młoda, a plecy ma jak staruszka!" - a żeby było lepiej - nie miałam i nie mam żadnej wady postawy ani jakichkolwiek problemów z plecami, do tej pory nie wiem o co jej chodziło). Miałam 13 lat i przechodziłam przez etap, w którym przyznanie się do miesiączkowania było dramatem, więc uważałam, że fakt, że na mieszanych zajęciach prowadząca głośno mówi "panie, które miesiączkują wykonują to ćwiczenie tak..." jest skandaliczny, no bo jak to obcy faceci mają wiedzieć, że ja miesiączkuję (tak, z pewnością bardzo ich to obchodziło :D). Po roku tej jogi została mi okropna trauma, joga nie kojarzyła mi się z niczym przyjemnym tylko z męczarnią, słowem "parsvottanāsaną" (no nie brzmi okropnie?), palącymi mięśniami w pozycjach z rękami w górze, drażniącą mnie prowadzącą i śmierdzącą salą gimnastyczną. 

Drugie podejście do jogi zaliczyłam dopiero na studiach - z koleżanką wykupiłyśmy na grouponie pakiet 8 zajęć. Tym razem miejsce było świetnie wyposażone, atmosfera na zajęciach super. Wtedy też udało nam się pomylić terminy i wylądować na zajęciach dla zaawansowanych, po których instruktorka zaproponowała nam, że możemy dołączyć do tej grupy na stałe, bo bardzo dobrze sobie poradziłyśmy (na drugi dzień obie nie przyszłyśmy na wykłady i wysyłałyśmy sobie bolesne smsy z łóżek). Pochodziłyśmy kilka tygodni, ale motywacja jakoś nam się rozmyła, natomiast joga w końcu zaczęła mi się kojarzyć z przyjemnością. 


I przenosimy się do czasów bardziej aktualnych - od kilku tygodni przymierzałam się do pójścia na jogę, ale wiecznie udawało mi się znaleźć jakąś wymówkę albo zaspać. W dodatku jakiś czas temu zobaczyłam to:

(Nina Dobrev jest moją ogromną motywacją do ćwiczeń, dbania o włosy i w ogóle bycia gazelą ;)) Dlatego kiedy dzisiaj obudziłam się o 9 i uświadomiłam sobie, że o 11 jest joga, nawet nie wymyślałam wymówek - wsunęłam lekkie śniadanie i popędziłam na zajęcia. 

Wróciłam, fruwam pod sufit, czuję, że mam porozciągane całe ciało, zaczęłam chcieć więcej i znalazłam stronę DOYOUYOGA, która za darmo daje dostęp do filmików z ćwiczeniami na 30 dni - 30 dni wyzwania, podczas którego codziennie poświęcamy od 10 do 20 minut na ćwiczenia. 
Link do listy ćwiczeń znajduje się TUTAJ.
Zaczynamy jak najszybciej, 10 stycznia "koniec" (a raczej "o mój Boże, co za niesamowite efekty, muszę ćwiczyć dalej!").

3 razy w tygodniu będę chodzić na zajęcia, a przez resztę dni ćwiczyć z filmikami. Ania właśnie szuka szkoły jogi w swojej okolicy i ćwiczy ze mną. Kto jeszcze podejmie się 30 dni z jogą? :)

Agnieszka

środa, 30 kwietnia 2014

Czy wiesz, dlaczego zjadasz na raz całe opakowanie ciasteczek?

...a nie poprzestajesz na jednym albo dwóch?

Znasz tę sytuację? Zjem tylko jedno ciastko/czekoladkę/parę chipsów (niepotrzebne skreślić), aż tu nagle palce dotykają dna opakowania. Dlaczego organizm nie mówi stop, tylko chce więcej i więcej?




Dzieję się tak dlatego, że dla organizmu czym innym jest poczucie fizycznej sytości (poczucie pełnego brzucha) a czym innym wysycenie niezbędnymi składnikami.

Smaki produktów (mocno słodki, mocno tłusty) sygnalizują mózgowi, że zaraz dostarczymy organizmowi jedzenie, które jest bogate w wartości odżywcze (jak tłuste mięso lub słodkie owoce). Niestety przetworzone produkty naśladują tylko smaki, do których jesteśmy silnie przyciągani biologicznie, nie dostarczając jednocześnie niemal żadnych wartości.

Dlatego też 'miarka' naszego organizmu czeka, aż nastąpi wysycenie zdrowymi składnikami, a kiedy ono nie następuje, mózg zakłada, że trzeba jeść więcej i więcej. Niestety puste kalorie nie są w stanie sprawić, że pożądany poziom wysycenia zostanie kiedykolwiek osiągnięty, więc często kończymy dopiero wtedy, kiedy produkt się skończy albo dopadną nas mdłości.

Oczywiście producenci pokarmów tego typu robią to celowo.

Czujecie się zdradzeni przez pyszności? Ja owszem ;)

poniedziałek, 17 marca 2014

Bezglutenowe, beznabiałowe, paleo ciasto marchewkowe :)

Od dawna przymierzałam się do ciasta marchewkowego i przyznam, że jestem bardzo zadowolona z debiutu :)

Składniki:
  • 3-4 duże marchewki
  • pół szklanki wiórków kokosowych
  • 4 jajka
  • pół szklanki mąki kokosowej lub migdałowej
  • duży banan
  • olej kokosowy (pół filiżanki)
  • 2-3 duże cytryny
  • pół owocu granatu
  • pomarańcza
  • opcjonalnie: posiekane orzechy, rodzynki, posiekane daktyle lub figi
  • cynamon
  • proszek do pieczenia (opcjonalnie)
  • sezam
  • stewia (opcjonalnie)
Ciasto:
  1. Ścieramy marchewki, jabłka, banana i kroimy pomarańcze na niewielkie cząstki
  2. Dodajemy jajka, mąkę, proszek, wiórki i cynamon.
  3. Blendujemy na możliwie gładką masę.
  4. Dodajemy dodatki (orzechy, rodzynki, co lubimy :) )
  5. Posypujemy cienką warstwą sezamu
  6. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 220.C. Ja piekłam około 40 minut.

Polewa:
  1. Do rozgrzanego (płynnego) oleju kokosowego wciskamy sok z cytryn. Dodajemy cząstki granatu, blendujemy (do wyboru - przed lub po podaniem granatu).
  2. Polewamy jeszcze ciepłe ciasto, żeby olej się rozpłynął.


Smacznego! :)









wtorek, 7 stycznia 2014

Mroczna strona paleo

Od wielu miesięcy pozostawałam (mniej lub bardziej, jednak z naciskiem na to drugie) wierna odżywianiu paleo. Waga faktycznie trzymała się stosunkowo niska (lekko wzrosła, kiedy przyszła późna jesień i zima i ciężej było o świeże owoce i warzywa a organizm domagał się raczej ciepłego jedzenia niż sałaty ;) ) a moja skóra od lat nie wyglądała tak dobrze :) Odżywianie się w ten sposób na co dzień nie wymaga żadnych cierpień ani wyrzeczeń, nie ma się wrażenia, że się z czegoś rezygnuje, nie miałam żadnych specjalnych ciągot (poza okolicami PMSowymi, wtedy nie ma zmiłuj, jestem Mr Hydem :D), zmieniają się smaki (dla mnie największym wyrzeczeniem było odstawienie soli, wszystko na początku smakowało dla mnie jak tektura ;) ale nauczyłam się używać w zamian pikantniejszych ziół - pieprzu, papryki, czosnku i po niedługim czasie sól okazała się być całkowicie zbędna).

Świąteczna dyspensa niestety niebezpiecznie się przedłużyła do ponad 2 tygodni bardzo niezdrowego odżywiania i 2. stycznia powróciłam pokornie na paleo. I czekało mnie przerabianie od początku pierwszych dni, które dla mnie (i z tego co wiem od znajomych, nie tylko dla mnie) potrafią dać w kość.
Dlaczego?

1. Za pierwszym podejściem (tym razem na szczęście mnie to ominęło) dopadł mnie kilkudniowy ból głowy. Obstawiam, że to klasyczny objaw każdego typu detoksu - w tym wypadku od cukru i innych ulepszaczy. Im bardziej zanieczyszczony organizm, tym gorzej może znieść odstawienie od używek (tak, cukier to też najzwyczajniej w świecie silnie uzależniająca substancja).


Jeśli doświadczylibyście tego u siebie, można spróbować łagodniejszego i stopniowego eliminowania produktów ze swojej diety. Ja wolę ostre cięcia, dlatego wybrałam całkowite odstawienie wszystkiego, co niewskazane :)


2. Senność. Przez pierwsze dni organizm może być trochę zdezorientowany i od nowa uczyć się czerpać energię ze źródeł, które są do tego ewolucyjnie stworzone.


Na szczęście kiedy ta faza już minie, dostaje się prawdziwego kopa energetycznego i potrzeba nawet mniej snu, niż wcześniej :)

3. Im więcej węglowodanów prostych spożywało się wcześniej, tym trudniej może być organizmowi na początku przestawić się na nowe źródła energii i ich formę, w związku z czym można spodziewać się (u mnie trwało to tylko dobę) ssania w żołądku i ciągłego uczucia głodu.



Co najlepiej z tym zrobić? Jeść :) W moim wypadku najlepiej sprawdzają się ciepłe pokarmy - ciepłe zupy, pieczone ryby itp.

4. Na samym początku odradzam bardzo intensywne uprawianie sportu. Po pierwsze dlatego, że organizm musi się przestawić na nowe źródło pobierania energii i ciężko przewidzieć stan naszej formy. Po drugie zaś, po intensywnych treningach na początku paleo dopadał mnie wilczy głód, wycelowany głównie w węglowodany, także jeśli nie macie bardzo silnej woli, przez pierwsze dni lepiej nie wywoływać wilka z lasu i trzymać się umiarkowanego wysiłku.




Na szczęście wszystkie te niedogodności są chwilowe i doskonale rekompensuje je błyskawicznie spadająca waga :)

środa, 18 września 2013

Czekoladowe bat-ciasto z nadzieniem kokosowo-cytrynowym :)

Przepis na ciasto urodzinowe dla odchudzającego się łasucha :D
Bez cukru, bez mleka, bez zbóż (i glutenu).



Składniki na wersję paleo :)

Ciasto:

  • 2/3 szklanki mąki migdałowej
  • 1/2 szklanki kakao
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 6 jajek
  • 1/2 szklanki  gęstego mleka kokosowego (nie wody!)
  • łyżka oleju kokosowego
  • 1 średni bardzo dojrzały banan
  • 1/2 szklanki kawy




Ciasto miksujemy, wlewamy na blachę (u mnie o wymiarach 20x40 cm) do piekarnika rozgrzanego do 175.C. Ja piekłam swoje około 20 minut. Warstwa jest cienka, więc trzeba uważać, żeby go nie spalić i przesadnie nie wysuszyć.



Polewa:

  • pół szklanki gęstego mleka kokosowego (nie wody!)
  • pół szklanki kakao
  • 1 mały bardzo dojrzały banan
  • stewia - według uznania

Sposób przygotowania: zblendować na gładką masę.



Masa do przełożenia warstw:
  • pół szklanki gęstego mleka kokosowego (nie wody!)
  • sok z 1 małej cytryny
  • stewia - według uznania
  • szklanka wiórków kokosowych
Sposób przygotowania: zmiksować.




Upieczoną masę dzielimy na połowę, jedną z nich smarujemy masą kokosowo-cytrynową.



Kładziemy drugą połowę na pierwszej.


Wykajamy dowolny kształt :)
(To ciasto trafi do fana Batmana :D)


Smarujemy obficie polewą.
Chowamy do lodówki na minimum godzinę.



Smacznego :)




wtorek, 17 września 2013

Przepyszne paleo muffiny borówkowe

Coś wspaniałego, rozpływają się w ustach a zapach z piekarnika wywołuje uśmiech na twarzy i intensywny ślinotok :D



Składniki (na 6 średnich muffinek):

  • borówki (według uznania, użyłam około szklanki);
  • pół dojrzałego banana;
  • 3 łyżki wiórków kokosowych;
  • 2 łyżki oleju kokosowego;
  • cynamon;
  • pół szklanki mąki migdałowej;
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia;
  • 2 jajka.

1. Miksujemy masę z 1/3 świeżych borówek.
2. Delikatnie wsypujemy resztę borówek, mieszamy (bez miksowania).
3. Nakładamy do foremek.
4. Pieczemy 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 170.C.
5. Zajadamy :D


Smacznego! :)

Kalafiorowe paleo kotlety :)

Oryginalne w smaku, błyskawicznie znikają z patelni :D


Składniki:

  • 1 starty surowy kalafior;
  • pół opakowania pokruszonych płatków migdałowych;
  • 3-4 duże jajka;
  • ząbek czosnku;
  • ulubione zioła i przyprawy (ja użyłam dużo natki pietruszki i kolendry);
  • olej kokosowy lub oliwa z oliwek (do smażenia);
  • 6 łyżek mąki kokosowej lub migdałowej (ja użyłam zmielonych wiórków kokosowych).




Składniki dokładnie ze sobą mieszamy, formujemy kotlety, które wrzucamy na rozgrzaną patelnię.


Obsmażamy z dwóch stron do zarumienienia. 

W przypadku problemów ze zlepieniem się kotletów, dobrze jest dodać jeszcze jedno jajko.



Smacznego! :)







Paleo wątróbka na miodzie z migdałami i cukinią :)

Coś bardziej treściwego dla wielbicieli mięsa :)

Kwestie stosowania wina i miodu (w niewielkich dawkach) w paleo są tematami podlegającymi dość regularnym sporom, niemniej od czasu do czasu na pewno można sobie na coś takiego pozwolić :)


Potrzebne:
  • Wątróbka
  • Curry
  • Słodka papryka
  • Kieliszek białego wina
  • 2 duże łyżki miodu
  • Oliwa z oliwek (ewentualnie)
  • Płatki migdałowe


1. Wątróbkę drobiową lub indyczą czy kurzą siekamy na drobne kawałki i wrzucamy na rozgrzany na patelni miód. 
2. Gdy miód zaczyna się powoli karmelizować, dolewamy białego wina i dodajemy curry i słodkiej papryki w proszku. 
3. Dla lepszego nasiąknięcia podrobów sosem można dodać odrobinę oliwy z oliwek. 
4. Wątróbkę dusimy około godziny na niewielkim ogniu, aż sos zgęstnieje. Co jakiś czas mieszamy. 
5. Gotową wątróbkę posypujemy płatkami migdałowymi. 
6. I wykładamy na wcześniej usmażonej z ziołami cukinii.

Smacznego :)

Paleo 'hummus' z kalafiora :)

Świetna przekąska przed tv. Ostrzegam - całkiem ostra :)



Składniki:

  • szklanka pokrojonego, ugotowanego kalafiora;
  • 2 ząbki czosnku;
  • mała ostra papryka (lub łagodna, według uznania, można też użyć papryki sypkiej);
  • sok z połowy cytryny;
  • sól, pieprz, kminek, ewentualnie dodatkowo ulubione zioła (ja dodałam min. natki pietruszki).

Dodatkowo: warzywa do maczania - marchewki, papryka, seler, cokolwiek lubisz :)


Składniki dokładnie blendujemy i gotowe :)


Smacznego!

Paleo frytki z selera

Coś wspaniałego, kiedy dopadnie głód węglowodanowy :)
Kwestia ziemniaków i batatów jest dość kontrowersyjna w paleo, więc można spróbować alternatywy - selera :)

Oczywiście, nie smakuje dokładnie tak, jak klasyczne frytki ale wszyscy się nimi zajadamy już nałogowo.

(foto: naturalnoshing.wordpress.com)

Składniki:
  • duży seler;
  • oliwa z oliwek lub olej kokosowy - 4 łyżki;
  • ulubione zioła lub/i przyprawy (ja lubię dodać dużo curry, papryki itp. wyrazistych ziół).

1. Seler obieramy i kroimy w paski przypominające frytki.
2. Do plastikowego pojemnika z pokrywką wlewamy oliwę/olej i wsypujemy przyprawy, mieszamy.
3. Do pojemnika dosypujemy frytki.
4. Zamykamy szczelnie i potrząsamy, aż seler pokryje się możliwie równomiernie tłuszczem i przyprawami.
5. Wrzucamy frytki na blachę pokrytą folią aluminiową.
6. Wkładamy do rozgrzanego do 180.C piekarnika. Ja zwykle trzymam je nie mniej niż 25 minut ale dobrze jest regularnie zaglądać jak się pieką. Dla dodatkowej chrupkości dobrze jest włączyć termoobieg na ostatnie kilka minut.



Smacznego :) 

Paleo kalmary

Pyszne, bardzo sycące, bardzo paleo :)



Składniki:
  • Kalmary - według uznania, mogą być świeże albo mrożone (już rozmrożone), tu wykorzystane zostało około pół kilograma.
  • Cebula - dwie małe czerwone cebule.
  • Czerwona papryka.
  • Oliwa z oliwek lub olej kokosowy - ilość zależna od ilości kalmarów, na pół kilograma potrzebne jest kilka łyżek.
  • Ocet balsamiczny lub jabłkowy - 2-3 łyżki.
  • Ulubione zioła.
  • Oliwki (opcjonalnie).
  • Sałata (do dekoracji).

1. Paprykę pieczemy (ewentualnie dusimy), aż stanie się miękka. Taką obieramy ze skórki i kroimy w paski.

2. W międzyczasie marynujemy posiekaną cebulę oraz kalmary w mieszance ziół, oliwy/oleju i octu. Należy bardzo dokładnie wszystko wymieszać. Jeśli ktoś lubi delikatniejszą w smaku cebulę, dobrze jest ją najpierw poddusić albo podsmażyć. Mieszankę odstawiamy na minimum pół godziny.

3. Zamarynowane składniki oraz paprykę wrzucamy na patelnię i dusimy pod pokrywką. Bardzo dobrze sprawdzają się w tej roli patelnie żeliwne i woki. 

4. Do gotowej potrawy dodajemy oliwki i voila :)


Smacznego!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Dieta Paleo czyli powrót do korzeni

Czy słyszeliście o diecie Paleo?

Tak naprawdę nie jest to dieta w znaczeniu kuracji odchudzającej ale ludzie bardzo często (i dużo) na niej chudną.Polega ona z grubsza na tym, żeby jeść tylko to, do czego ludzki organizm został przystosowany ewolucyjnie, czyli wszelkiego rodzaju mięsa, jaja, ryby, owoce, warzywa, orzechy itp. oleje raczej zwierzęce (!) niż roślinne (np. tran), wyjątkiem jest min. oliwa z oliwek, olej kokosowy i lniany.

Nie liczymy kalorii, jemy, kiedy jesteśmy głodni.

Prawdziwym wyzwaniem jest fakt odrzucenia skrobi (pieczywo, ryże, kasze, warzywa strączkowe itp.) i nabiału jako produktów stosunkowo nowych w diecie homo sapiens i wprowadzonych do niej sztucznie.






Nie znalazłam w zasadzie głosów krytycznych na jej temat (z wyjątkiem osób, które przeczytały gdzieś, że skoro odżywiamy się, jak ludzie pierwotni, to na pewno każą im jeść surowe mięso ;)) ), same zachwyty i opisy doskonałego samopoczucia, wyleczenia z przewlekłych chorób, ogromnego przypływu energii (po około dwóch tygodniach, kiedy organizm przestawi się na nowy tryb, w pierwszych dniach głód węglowodanów może dokuczać) i znacznych spadków wagi.

Pomocny przy decydowaniu co (nie) jest dozwolone może okazać się doskonały przewodnik: 


Muszę go wydrukować :D

Kupiłam też książkę Loren Cordain i przetestuję na sobie.



Trochę się boję tego obciecia wegli ale ludzie, którzy odżywiają się w ten sposób mówią (w tym znajomy trener od crossfitu, odżywiający się w ten sposób), że jak organizm się już przestawi, to nie ma najmniejszego problemu z czymkolwiek a energii jest wręcz nadmiar i ciężko jest spać ponad 6 godzin na dobę :)

I żeby nie było, że to sama surowizna i je się sałatę, zagryzając kiełkami - przykładowe danie (Muffiny z http://nomnompaleo.com):




Ciekawe linki:

Co myślicie? :)

środa, 14 sierpnia 2013

Jak podejść mózg na diecie (i nie tylko)?

Dasz radę?
Jesteś w stanie oprzeć się pokusie?

Naukowo dowiedziono, że w momencie kryzysu woli, znacznie lepiej jest motywować się pytaniami, niż sloganami. Okazuje się, że nasze mózgi i motywacja działają znaczniej efektywniej i lepiej poddają się naszej kontroli, kiedy stają w obliczu zwrotów typu:

Dam radę?
Czy uda mi się to zrobić?

niż zdań twierdzących, w stylu:

Uda mi się!
Na pewno dam radę!

Na czym polega sekret? Może po prostu umożliwia to nam weryfikację podejścia, ponowne rozpatrzenie swoich celów oraz odpalenie motywacji i wiary w siebie :)



Kolejnym przydatnym w odchudzaniu narzędziem jest... wyobraźnia :)



Często na diecie wyobrażamy sobie ulubione dania. Ich kolor, zapach, teksturę. Do ust napływa ślinka,  z brzucha dobiega posępny pomruk i sens pozostawania na diecie staje się nagle mocno wątpliwy.

Z badań wynika jednak, że takie wyobrażenia można wykorzystać także na własną korzyść. Okazuje się, że ochotnicy, którzy mieli wyobrażać sobie spożywanie pokarmu, zjadali go później znacznie mniej, niż przedstawiciele grupy, która ograniczyła się do fantazji na temat samego wyglądu czy zapachu potrawy. Najwyraźniej mózg nie do końca odróżnia faktyczną czynność jedzenia od jego wyimaginowanej wersji, dzięki czemu ośrodki głodu czy nagrody zostają przynajmiej częściowo zaspokojone całkiem bez wyrzutów sumienia.

Warto spróbować?
Dacie radę? :)