Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brzuch. Pokaż wszystkie posty

Trening obwodowy i przekraczanie własnych granic


Swoją przygodę z fitnessem zaczęłam od stepu, zumby, zajęć typu ATC, smukła linia, fitball. Największym koszmarem była dla mnie końcówka i ćwiczenia na brzuch. Wydawało mi się, że bardziej męcząco już nie może być.

Po jakimś czasie te zwykłe ćwiczenia fitnessowe przestały mi wystarczać, zdecydowałam się na treningi personalne na siłowni, okazało się, że może być o wiele ciężej, po raz pierwszy zrozumiałam, że strumienie potu to żadna metafora (wtedy też nauczyłam się zmywać makijaż przed ćwiczeniami). Przy okazji poznałam swoje możliwości i nauczyłam się, że nie mogę zbyt dużo fikać z poziomu do wyskoku (burpees nie dla mnie, bo mdleję).

Od kilku miesięcy zachciało mi się być hardkorem i zapragnęłam crossfitu. Na razie znam swoje możliwości i tam się jeszcze nie pcham ;) Dwa dni temu koleżanka z pracy, która sama dużo ćwiczy (w tym crossfit właśnie) namówiła mnie, żebyśmy poszły do klubu, który niedawno odkryła. Był wtorek wieczorem, najbliższa możliwość - środa 9:30 trening obwodowy. No to idziemy!

Pierwsze ojej - trening obwodowy odbywa się w tej samej sali co crossfit. Drugie ojej - o hesusie umrę, boże tu są kettle większe od mojej głowy.

Zaczynamy. 8 osób, 8 stacji. Część tak jak ja nie wszystko może zrobić (nieszczęsne skakanie), część chodzi już na te zajęcia od dawna.
Pierwszą serie i 8 stacji zrobiłam. Przerwa, część na brzuch i druga seria. Zaczynało mi się robić źle, podeszłam do prowadzącej, powiedziałam, że czuję, że padnę i chyba tej drugiej serii nie zrobię (ale czułam wewnętrzny wstyd). A ona do mnie - ale spróbuj chociaż, zrób mniejszy zakres, mniej powtórzeń, szkoda treningu ;) O dziwo zmotywowało mnie to bardzo, zabrałam się do roboty, w czasie ćwiczeń prowadząca do mnie podchodziła i chwaliła, poprawiała, modyfikowała dla mnie ćwiczenia, żebym dała radę. Zrobilam praktycznie wszystko, przetrwałam i na koniec byłam z siebie niesamowicie dumna. 

No i okazało się jak zwykle, że jestem w stanie zrobić o wiele więcej niż mi się wydaje, trzeba tylko nade mną stanąć i powiedzieć mi, że przecież mogę i zrobię.


W połowie zajęć myślałam, że no cóż, już tu się chyba nie pojawię, ale z pomocą przyszedł mi Greg, mówiący w mojej głowie:
Greg Plitt motywuje zawsze!
W przyszłą środę, 9:30 melduję się gotowa na kolejny wycisk. Zajęcia, prowadząca, ludzie zrobili na mnie super wrażenie, zero konkurencji, każdy skupiony na sobie i nastawiony do reszty bardzo serdecznie.

A dzisiaj... Czuję, że boli mnie każdy mięsień na plecach (skąd tam jest tyle mięśni?!), ale przede wszystkim czuję dumę, że przetrwałam i wiem, że będę uparcie na te zajęcia przychodzić i w końcu wykonam wszystkie ćwiczenia.

Jutro o 7 rano joga :)


SIMILAR POSTS

JOGA: 30-dniowe wyzwanie


Dzisiaj w ramach aktywnego rozpoczęcia dnia poszłam na jogę - trochę się bałam, że nie będę w stanie wykonać żadnej pozycji, bo w ogóle nie jestem rozciągnięta. Przeżyłam miłe zaskoczenie i nabrałam ochoty na więcej, stąd też dzisiejszy post :) Będzie długo, bo moja historia z jogą sięga wielu lat wstecz. 


Od kilkunastu (!) lat (!!) moja mama wstaje codziennie o 5 lub 6 rano i ćwiczy jogę. W pewnym okresie nawet o tym nie wiedziałam, bo dla mnie pobudka wcześniej niż o 10 rano wiąże się z jękami, narzekaniami i ogólnym byciem najbardziej nieznośnym człowiekiem na świecie. 
Ponieważ mama jest maniakiem szeroko pojętego zdrowego trybu życia (w środku nocy wyrecytuje jakie pokarmy mają najwięcej witaminy C, zimą kręci magiczne mikstury na przeziębienia, a później JA! muszę to pić) to i często próbowała mnie do jogi przekonać. W końcu przez około rok chodziłam raz w tygodniu na jogę. Zajęcia odbywały się w ogromnej i zimnej sali, mat nie było w ogóle, koce, na których się ćwiczyło były pogryzione przez szczury, kobieta prowadząca zajęcia regularnie wzdychała nad moimi rzekomo krzywymi plecami ("och, taka młoda, a plecy ma jak staruszka!" - a żeby było lepiej - nie miałam i nie mam żadnej wady postawy ani jakichkolwiek problemów z plecami, do tej pory nie wiem o co jej chodziło). Miałam 13 lat i przechodziłam przez etap, w którym przyznanie się do miesiączkowania było dramatem, więc uważałam, że fakt, że na mieszanych zajęciach prowadząca głośno mówi "panie, które miesiączkują wykonują to ćwiczenie tak..." jest skandaliczny, no bo jak to obcy faceci mają wiedzieć, że ja miesiączkuję (tak, z pewnością bardzo ich to obchodziło :D). Po roku tej jogi została mi okropna trauma, joga nie kojarzyła mi się z niczym przyjemnym tylko z męczarnią, słowem "parsvottanāsaną" (no nie brzmi okropnie?), palącymi mięśniami w pozycjach z rękami w górze, drażniącą mnie prowadzącą i śmierdzącą salą gimnastyczną. 

Drugie podejście do jogi zaliczyłam dopiero na studiach - z koleżanką wykupiłyśmy na grouponie pakiet 8 zajęć. Tym razem miejsce było świetnie wyposażone, atmosfera na zajęciach super. Wtedy też udało nam się pomylić terminy i wylądować na zajęciach dla zaawansowanych, po których instruktorka zaproponowała nam, że możemy dołączyć do tej grupy na stałe, bo bardzo dobrze sobie poradziłyśmy (na drugi dzień obie nie przyszłyśmy na wykłady i wysyłałyśmy sobie bolesne smsy z łóżek). Pochodziłyśmy kilka tygodni, ale motywacja jakoś nam się rozmyła, natomiast joga w końcu zaczęła mi się kojarzyć z przyjemnością. 


I przenosimy się do czasów bardziej aktualnych - od kilku tygodni przymierzałam się do pójścia na jogę, ale wiecznie udawało mi się znaleźć jakąś wymówkę albo zaspać. W dodatku jakiś czas temu zobaczyłam to:

(Nina Dobrev jest moją ogromną motywacją do ćwiczeń, dbania o włosy i w ogóle bycia gazelą ;)) Dlatego kiedy dzisiaj obudziłam się o 9 i uświadomiłam sobie, że o 11 jest joga, nawet nie wymyślałam wymówek - wsunęłam lekkie śniadanie i popędziłam na zajęcia. 

Wróciłam, fruwam pod sufit, czuję, że mam porozciągane całe ciało, zaczęłam chcieć więcej i znalazłam stronę DOYOUYOGA, która za darmo daje dostęp do filmików z ćwiczeniami na 30 dni - 30 dni wyzwania, podczas którego codziennie poświęcamy od 10 do 20 minut na ćwiczenia. 
Link do listy ćwiczeń znajduje się TUTAJ.
Zaczynamy jak najszybciej, 10 stycznia "koniec" (a raczej "o mój Boże, co za niesamowite efekty, muszę ćwiczyć dalej!").

3 razy w tygodniu będę chodzić na zajęcia, a przez resztę dni ćwiczyć z filmikami. Ania właśnie szuka szkoły jogi w swojej okolicy i ćwiczy ze mną. Kto jeszcze podejmie się 30 dni z jogą? :)

Agnieszka

SIMILAR POSTS

FitnessBlender vol. 3 - HIIT + tabata

45 Minute HIIT & Total body Toning Tabata Workout - High Intensity Interval Training Workout




Zmęczona dawaniem wycisku moim nogom i pośladkom, postawiłam dzisiaj na coś bardziej dynamicznego :)



Jak widać, trening składa się z trzech części, rozgrzewki, właściwej części treningu oraz rozciągania. Uważam to za ogromny plus treningu, bardzo lubię, kiedy wszystko znajduje się w jednym miejscu i film nie zaczyna się od informacji, żeby samemu rozgrzać się przed a porozciągać po.

Tym razem setów tabaty jest aż 8, czyli można się naprawdę zmęczyć :) Ćwiczenia angażują całe ciało, część z nich prezentowana jest z obciążeniem. Ja zamiast dumbbell używałam 5-kg sztangielki, przy wykrokach hantli po 2 kg., dorzuciłam je też do głębokich przysiadów w ostatniej serii (trzymałam hantle na biodrach).

Po ostatniej tabacie spodziewałam się, że poskaczę i się zmęczę ale bez rzeźni ;)
Kolejny raz się myliłam. Tym razem każda tabata jest klasyczna, tj. opiera się tylko i wyłącznie na jednym ćwiczeniu, powtarzanym w 8 seriach po 20 sekund. I wierzcie mi, to jest BARDZO dużo, zwłaszcza przy ciężkich ćwiczeniach typu plank czy pompki (nawet damskie).

Pot lał się ze mnie strumieniami ale zacisnęłam zęby i dałam z siebie wszystko od początku do końca :)
Uczucie po - nie do opisania :D

Dodatkowe plusy:

  • licznik czasu - bardzo go lubię;
  • doskonale opisywane ćwiczenia;
  • coś nowego - licznik spalonych kalorii po lewej stronie (ten trening spala ich od ok. 300 do prawie 500!);
  • zajawki nadchodzącego ćwiczenia.




Już się boję dnia, kiedy spróbuję ich prawie godzinnej tabaty :D


SIMILAR POSTS